Relacja Rotiva z Fallen Angels (Armia Centrum)
http://rotiv-fallenangels.blogspot.com/OFENSYWA TET – 1968
Pełna mobilizacja. Mimo bardzo okrojonego składu postanawiamy jechać. Wspomoże nas około 13 osób z Armii Centrum. W ostatniej chwili wypada Oscarro i Jarunia…. Kurwa!
Z Upadłych Aniołów jadę tylko ja i Pawson dodatkowo Pendzel, nasz rekrut. Press Foto ogarnie Bloo777.
Szykuje się ostra militarna gra w klimatach Wietnamu, oby pogoda była równie kureska jak w tamtych rejonach, na razie 35 w cieniu i zero deszczu – bardziej jak w Bagdadzie niż w Sajgonie.
Z Łodzi wyruszamy ok. 7:30, na miejscu jesteśmy przed 10:00 CET.
Nasza HQ to kompleks kilku budynków przy lotnisku Pyrzowice absolutnie wszystko wymaga przygotowania i zabezpieczenia nie ma bunkrów, nie ma zasieków, nie ma worków z piaskiem. Żółci na pewno dobrze przygotowali się na przyjecie gości tunele, bunkry, booby-traps i wilcze doły tylko czekają na chłopców z US Army.
Na miejsce przyjeżdża Przemo_C, ma być w naszym sztabie jest jeszcze dwóch ludzi z jego obstawy .
Wyładowuje sprzęt, markery militarne powodują że krew zaczyna szybciej krążyć w moich żyłach. CKM bije na głowę inne konstrukcje - CHCĘ TAKIEGO

Przemek jest zalatany, okazuje się że Jarheads nie dojadą, Pigs Of War będą ale później, do tego czas nagli a jest nas 16 osób z AC i trzech ze Śląska.
Ilu jest żółtych?..... Dużo więcej, nie chcą powiedzieć. Wiem jedno że muszę ogarnąć pierwszą fazę dowodzenia bo Przemo jest zajęty logistyką i widać że chłop bardzo chce dobrze ale czas jest nieubłagany.
O 12:00 zaczynamy odprawę, pierwsze spojrzenie na mapę, wstępne wnioski topograficzne, pytania odpowiedzi itd. Dzielę ludzi na cztery grupy. Tytus, Charlie i Ojciec(DT) tworzą pierwszą grupę zwiadowczą. Druga to całe HT chyba 6 osób. Delta to Pol, Skorpion, Dorek i Michał my jako FA tworzymy QRF i pozostajemy w sztabie.
Około 13:30 wypuszczam zwiad na trzy kierunki, skrzyżowanie, kompleks budynków i ogrodzenie składu amunicji. Zwiady wracają około 14:30 i zdają szczegółowe raporty z terenu, przydatne info dla ludzi którzy nie grali na tym terenie a przeciwnik zna każdy metr tego bagna. W tym samym czasie Pawson i Pendzel zakładają miny wokoło bazy.
15:00 CET rozpoczynają się działania bojowe i już 10 min później mamy kontakt wzrokowy na drodze przy skrzyżowaniu - pewnie zwiad wroga, obyło się bez wymiany ognia.
HT na południe od składu amunicji pozostaje jako SP(Standing Patrol) i nie ma kontaktu z wrogiem, panuje zaskakująca cisza z terenu działań.
Nasze pierwsze zadanie to odnaleźć wioskę na granicy Kambodży i Wietnamu. Punkt strategiczny bo można z niej robić wypady na tyły wroga, jest ona również szpitalem polowym w razie potrzeby. Znajduje się w niej skład amunicji oraz woda.
Woszczu z HT wykonuje patrol ale nie odnajduje wioski. W końcu Przemo zwalnia mnie z obowiązku dowodzenia ze sztabu mogę zająć się odcinaniem uszu VC

Cały czas szwankuje łączność RF10 coś nie grają PMR gubią zasięg, pozostaje telefon polowy (kom).
Wymazani pastą maskującą ładujemy się z Pawsonem i Pendzlem na Hueya(truck) idzie z nami Press Operator, bez oznaczeń by nie zdradzać naszej obecności. Jako Navy Seals zostajemy rzuceni na mokradła na południe od wioski. Płynie po nas pot, komary jedzą żywcem, bagna i trzciny powoli przechodzą w pagórki i stepowe sosny. Patrol porusza się powoli, wyczuwa się bliskość wroga ale śpiew ptaków i żab nie zwiastuje szybkiego kontaktu.
Docieramy do nasypu za którym już tylko las, widać ogrodzenie składu amunicji. Na radiu słyszę że nasze odziały poruszające się ku wiosce, mają kontakt wzrokowy z przeciwnikiem …. Gówno prawda maja kontakt ale z nami

Dołączamy do grupy Tytusa i idziemy wzdłuż ogrodzenia, nigdzie nie widać wioski. Po dojściu do rogu ogrodzenia las ożywa na dole słychać jak giną chłopaki z HT, żółtki pojawiają się z pod ziemi, po mojej prawej leży Tytus krzyczy „medyk, medyk” głowę ma skierowana w przeciwną stronę idę do nie go ale czuję że coś jest nie tak, jednak zza górki wyłania się Woszczu ułamek sekundy potem zaczyna się piekło VC trafia mnie i Woszcza nie wiem skąd się wziął walczy jeszcze Pawson, Charlie i Pendzel ale chwile potem dzielą już mój los.
Nasz odział zostaje totalnie rozbity dwie osoby z HT zostają na linii lasu my wracamy do HQ żeby uzupełnić amunicje, wodę i dokończyć to co zaczęliśmy, wiemy już gdzie jest wioska, wiemy jaka droga tam prowadzi, postanawiamy mimo że dostaliśmy ciężki wpierdol iść tą samą drogą. Być może VC po tym zwycięstwie pomyśli że już tą drogą nie wrócimy. Nie przywykłem, podobnie jak reszta do porażek a błędów tych samych nie popełniamy, pakujemy więc dupy na hueya i ruszamy w pobliże miejsca niedawnej porażki.
Idziemy nieco inaczej niż poprzednio. Pawson i Ojciec idą dołem nasypu ja, Charlie i Tytus brzegiem w choinkach pędzel idzie przy samym ogrodzeniu potem zamienia się z Tytusem. Pierwsze kontakty ogniowe i ponownie zaczyna się piekło, z ta różnica że to my gotujemy je żółtkom. Trup za trupem, jeszcze przed dojściem do narożnika każda padlina otrzymuje asa pik Fallen Angels, kartę śmierci którą mam nadzieje zapamiętają do końca życia.
Poruszamy się z ogniem, bez strat własnych charlies są totalnie zaskoczeni padają jak muchy. Docieramy do wioski z góry i z dołu, ostatnie słomiane kapelusze legną na ziemi kiedy Ojciec przyprowadza jeńca. Niestety w całym tym animuszu nie odbiera mu broni, mija chwila i słyszymy pojazd zbliżający się do wioski …. Kontratak VC. Ułamki sekund dzielą nas od wymiany ognia, kiedy jeniec łapie za broń i strzela w plecy kilku chłopakom w tym samym czasie do wioski wjeżdża jeep wroga. Jeniec dostaje ode mnie po plerach ale trzech naszych jest ciężko rannych a jeden KIA. Pojazd wroga i jego obsada miała jeszcze mniej szczęścia, kule miotane z pół metra w dyktę i tekturę robią ogromne spustoszenie do tego wybiegam za pojazd i ostatnie żywe jednostki śle do diabła, nie jestem sam Pendzel i Ojciec dotrzymują tempa . Podbiegam do „palącego się” pojazdu „ Rozumiem że wszyscy jesteście wyjebani?” odpowiedź jest jednoznaczna… musiało boleć.
Przejmujemy wioskę zabezpieczamy ja i robimy wpisy o pełnej godzinie. Jeniec numer 1 poległ jak bohater ale udało się nam ująć drugiego.
Ten miał mniej szczęścia chłopaki nie dość że odebrali mu wolność i broń, postanowili odebrać mu też godność. Upodlony i brudny siedział a w jego oczach rysował się strach. Odziały FA nie biorą jeńców ale w tym wypadku mógł się przydać musiałem przeszukać go na uboczu by chłopaki ochłonęli.
„Rotiv mogę go odjebać?” , „Skończmy z tym brudnym żółtkiem, po co nam on”, „ Nie ciesz się kitajcu Pol już po ciebie idzie, żeby cię przesłuchać „ „ Skacz…Strzał/strzał/ strzał” – Nienawiść narastała.
Chłopak wiedział że to nie będzie miła posiadówka. Dostał wody i preparat na komary ja wyznaczyłem moim mordercą o zielonych twarzach patrol w kierunku wschodnim celem rozpoznania nowego terenu. Niech ciśnienie z nich zejdzie bo jeszcze gotowi naprawdę chłopaka odjebać (oczywiście żart)

W kierunku północno –wschodnim poszedł Tytus, Woszczu i kilku chłopaków. Patrole wracają po jakimś czasie a ja dostaję z HQ informacje że należy wysłać kolejne celem odnalezienia i zniszczenia bazy rakietowej i stacji radarów wroga.
Z jeńcem zostaje Pawson, ja i Pendzel idziemy na zwiad. Tytus i Charlie idą również podobnie jak wcześniej ale mają przedostać się jeszcze dalej.
Ruszamy w powietrzu czuć deszczem a wieczór jeszcze młody. Z oddali słychać odgłosy burzy, niebo lekko się chmurzy. Przedzieramy się przez teren przeciwnika przydają się mapa i kompas GPS nie działa w tym terenie, jest więc oldshoolowo. Kolejny azymut i kolejne metry, wychodzimy na przecinkę i linie trakcji energetycznej, jakieś 40 m dalej widzę przyczajony zespół zwiadowczy Tytusa.
Dołączamy do nich. Tytus raportuje że czujka VC wychodzi na przecinkę i cofa się, istnieje więc przypuszczenie że może znajdować się w pobliżu jakiś obiekt strategiczny. Nie zdążamy wyznaczyć nowych azymutów kiedy Pendzel szepcze ” Kontakt, Kontakt „ . Zalegamy na ziemi, lufy naszykowane do strzału, broń odbezpieczona. Ciszę wieczoru w lesie przerywa łamanie gałęzi przez patrol VC, widzimy trzech czarnych, rozglądam się czy nigdzie dookoła nie ma kolejnych. Kurwa wlezą na nas, nie mamy wyboru szybko wyznaczam sobie miejsce do szybkiego biegu za plecy przeciwnika, mijają kolejne sekundy minuty, a wróg powoli zaczyna wchodzić w nasz zasięg – chyba nas widzą ….. Pendzel otwiera ogień, za nim Tytus i Charlie, ja biegnę w prawo i przód widzę po swoje lewej że mijam pierwszego i drugiego kitajca otwieram ogień do trzeciego, dwaj poprzedni są już historią. Pędzel dobija rannego – nieporozumienie, alko i niedoczytanie zasad – Przepraszamy!!!
Kolejny kontakt i następny… weszliśmy w gniazdo os, gdyby nie ograniczenia w amo pewnie doszlibyśmy dużo dalej, jednak koniec amunicji i rany powodują zakończenie akcji i powrót do bazy. Piękna akcja i świetne zgranie, narobiliśmy sporego zamieszania w szeregach przeciwnika. Wiemy że do ich baz było bardzo blisko, co najmniej 8 padło a las aż roił się od kapeluszy …. Ilu ich jest?
Tytus i Charlie wracają do wioski, my do HQ.
W bazie mięliśmy odpocząć ale nie udało się wioska, jest na skraju upadku musimy przeprowadzić próbę utrzymania lub odbicia. Jest już koło 22:00 a Kufel z chłopakami jeszcze nie dotarł.
Dotarł za to PMK doświadczony milsimowiec i weteran armii. Przejmuje dowodzenie, ja będę prowadził grupę z NVG (noktowizor 2+ ATN PS14). Desant w lesie, nawigacja w tym terenie bez punktów odniesienia jest ciężka, pomagają światła lotniska. Nokto daje radę. Kiedy zbliżamy się do wioski mija nas poirytowany Tytus wioska jest w rękach VC - spóźniliśmy się dosłownie 5 min. Nie ma czasu na gdybanie, musimy wioskę odbić. Ja, Pendzel i Pawson idziemy górą, PMK i kilku chłopaków dołem zaczyna się sieczka. Trafiam kitajca siadam koło niego i strzelam do celów w wiosce, kilka GD10 robi dodatkową zasłonę, kiedy wydaje się że jest już czystko schodzę na dół i otrzymuję postrzał w nogę, kuśtykam parę metrów za osłonę Pawson też zostaje trafiony, kurwa gdzie jest odział z dołu? W dole słychać głosy okazuje się że to VC patrzymy z góry jak PMK, Pol i Skorpion dokonują rzezi pod namiotem…. Wioska jest nasza.
PMK znosi mnie z nasypu do wioski, Medyk opatruje rany uzupełniamy wodę. Przemo zarządza patrol na tyły wroga ja prowadzę jako „ 1” on dowodzi jako „2”, idzie z nami jeszcze dwóch lub trzech. POL, Dorek lub Skorpion.
W takich warunkach poruszanie się po drogach jest jedynym sensownym wyjściem – najszybszym i najcichszym, do tego drogi w totalnej ciemności pozwalają na jako taką orientację. Idziemy więc kolejne setki metrów i szukamy naszych celów. Z HQ dostajemy rozkazy podjęcia w RV agenta wywiadu działającego po stronie Vietcongu. Ma nam przekazać informacje wywiadowcze o amerykanach więzionych przez VC. RV znajduje się na polanie, na przecince w środku terenu wroga, musimy się cofnąć dobre kilkaset metrów. Droga biegnąca przez polanę zostaje zabezpieczona, na środku jest PMK, ja wchodzę w chaszcze żeby przejąć łącznika, ewentualnie zaatakować z ukrycia w razie zasadzki.
Na linii lasu widać w NVG światło, mijają minuty a lasu wyłania się ciemna postać idzie przez polanę w naszym kierunku, kiedy mija moją pozycje ruszam do przodu i zakręcam za nim, bezszelestnie zbliżam się na odległość ok. 6m, chyba mnie usłyszał bo stanął i patrzy na mnie, w ciemnościach to ja ma jednak przewagę. Wycelowana lufa i palec na osłonie spustu, błyskawicznie zbliżam się do niego - „Sajgon” odzew „Hoshi” …. Nasz szpieg. Padają kolejne ciche komendy – „Na kolana!”, „Ręce do góry!” Podchodzę i zabezpieczam łącznika - nie ma broni. Na polanie szukam PMK, klikam do niego ale nie słyszy. Nie ma czasu na krzyki i porozumiewanie się. Zabieram szpiega na skraj lasu i w gęstwinie przesłuchuję. Otrzymujemy informację że amerykańscy POWMIA są przetrzymywani w kwadracie nie znajdującym się na normalnej mapie. Mapę i zdjęcia satelitarne dostaję i przekazuje PMK, teraz musimy wrócić do wioski i przekazać materiały wywiadu do patroli HT, oni z kolei do HQ – Wykonujemy.
Z wiosce wzmacniamy skład i ruszamy na kolejny patrol, ten sam azymut co poprzednio. Od noktowizora chce mi się już rzygać, Tytus próbuje mnie zastąpić ale jakoś nokto nie współgra z jego błędnikiem. Nie ma wyboru zaciskam zęby i dymamy do przodu. W powietrzu czuć deszcz, zachmurzone niebo i zbliżająca burza nie ułatwiają marszu, raz za razem ślepnę od błysków, kiedy tylko wzrok dochodzi co siebie sytuacja się powtarza. Zaczyna padać … lać zatrzymujemy się gdzieś przy drodze, zakładamy pałatki, ja chowam nokto za pazuchę. Chwile czekamy ale wiemy że to nie przelotny opad. Leśne ścieżki zamieniły się w potoki i rozlewiska. PMK wydaję komendę ruszamy w poszukiwaniu punktów strategicznych wroga.
Burza i ulewa zamieniają mapę w mokry ręcznik, chłopaki też już zaczynają odczuwać letni deszczyk – są za głośno mimo że krople deszczu i grzmoty zagłuszają nasz marsz. Po kilku godzinach zwiadu po terytorium Laosu i Kambodży nie napotykamy na siły VC jest już grubo po 2:00 łączymy się z bazą i PMK prosi o ekstrakcję z wyznaczonego RV. Docieramy na miejsce i po zajęciu pozycji oczekujemy na przylot maszyny. Jeszcze tylko przelot do HQ i odpoczniemy zjemy, być może zdążymy wyschnąć.
Po przybyciu do HQ dziwi mnie fakt że wszyscy w nim są

Nie widzę tylko Tytusa i Charliego i chyba Ojca. Zadaje sobie pytanie kto jest w polu jeśli wszyscy grzeją dupy w sztabie. Okazuje się że Tytus i Charlie siedzą w wiosce i odhaczają wpisy – chętnych na rotacje jakoś nie ma. My jako LRRP z wiadomych powodów odpadamy samoistnie, mamy mokre nawet majtki!!!
Próby połączenia się przez telefon lub PMR nie przynoszą skutku, burza zmniejszyła zasięg i tak już ledwo działających radyjek. Kiedy po zjedzeniu MRE kładę się spać, docierają posiłki w postaci czterech osób: Kufla i reszty Pigs Of War. Mają rotować Tytusa, pytają się o hasło/odzew. Chłopaki są wypoczęci i chętni do walki, spokojnie mogę iść spać. Cały mokry a komary nie pozwalają na spokojny sen, przykrywam się dodatkowo pałatką, przez nią już mnie nie pokąsają.
Budzi mnie zamieszanie w HQ, mobilizacja, ruch i głośne niezadowolenie Tytusa który właśnie wrócił z wioski …. Jest przed 6:00 a on i Charlie nie dostali oczekiwanej podmiany. Nie bardzo jest czas na roztrząsanie co się stało. Istotne są dwie rzeczy, pierwsza że w nocy odział Kufla zniszczył zarówno stacje radarów jak i bazę rakietową VC, druga to że po zejściu Tytusa wioska jest w rekach VC, trzeba ja zdobyć i utrzymać do 8:00, kiedy to działania wojenne planowo się kończą.
Na Hueya pakuje się około 10 osób z AC, PMK jest jako osłona pojazdu. Przemo wiezie nas na bagna ale dalej niż poprzedniego dnia i tracę orientację jak daleko od wioski możemy być. Mapa po nocnej ulewie została wspomnieniem, kompas zostawiłem w HQ. Kurwa, prowadzę 10 chłopaków a mam tylko chwile żeby zorientować się w terenie. Przydało się te kilka szkoleń w terenie z topografii wiem że jest ok. 6 rano słońce jest na wschodzie mapy nauczyłem się na pamięć i kilka charakterystycznych cech terenu (szczyty wysokich drzew świadczące o wzniesieniu i granicy lasu i bagien) pozwalają ruszyć na patrol. Przedzieramy się przez górki, dołki, pozalewane wodą po nocnej ulewie, zza jednej z nich widzę dachy namiotów … czy to wioska? Wyszliśmy centralnie z tyłu od strony wroga pierwszy sukces.
Na ziemi jest w chuj szkła, boje się że cały pluton zdradzi hałasem pozycje. Decyduje że pójdę sam w razie kontaktu chłopaki cisną ze ścianą ognia, już bez cichego podejścia. Powoli poruszam się od krzaka do krzaka, przekraczam leśną ścieżkę, w wiosce jest cicho – bardzo cicho, zaparkowany jest pojazd wroga. Kierowca grzebie coś w środku. Namioty wydają się puste, szybka myśl wysadził patrole, pewnie ok. 6 osób i mogą lada chwila wrócić. Koniec skradania szybkie dojście w stronę kierowcy, chłopina zamarł kiedy zobaczył lufę wycelowaną w swoją czaszkę, lewą ręką dałem mu znak na glebę – uniwersalny gest nawet arab by zrozumiał. Podbiegłem do niego przeszukałem pojazd, kierowca nie stawiał oporu(jedyna broń to znaleziony na ziemi tiberius). Dałem do Pendzla znak że mogą ruszać. Wioska przejęta ale to nie koniec. Zrobiliśmy zasadzkę na wracające do auta patrole. Najpierw od strony wschodniej trzy lub cztery osoby z VC zostały zniszczone na drodze dojazdowej chwile potem zza naszych pleców wyłoniło się trzech charliech. „Kontakt, Kontakt” Nev z HT wziął prawą stronę drogi, ja lewą. Dopuściliśmy ich na naszą wysokość i …. Potem już tylko karty śmierci FA - Dobra zasadzka.
Górę nasypu trzymał Skorpion na dole w wiosce był ze mną Pendzel, Nev i Michał, reszta oddziału HT wyszła z wioski w głąb lasu, przez tory w celu dość dla mnie nie zrozumiałym ale chłopaki trenowali osobno więc gra w jednej drużynie nie do końca wyglądała tak jak to sobie wyobrażałem.
Te nasze 5 osób w samej wiosce nie miało większych szans przy zmasowanym, zapowiadanym ataku Vietcongu. Tak tez się stało ok. 7:40 zaczęły nasilać się kontakty ogniowe z głośników zaczął lecieć komunikat że jesteśmy okrążeni i mamy się poddać, He He He w moim słowniku takie słowo nie istnieje spojrzałem na Pendzla, na ostatnie kule w leaderze - „powodzenia” pomyślałem i zaczęło się.
Przy wietnamskiej muzyce z głośników zaczął się atak…
Nev poległ chyba w tym samym czasie co Skorpion, ja wbiegłem na nasyp i zobaczyłem że szturm prowadzi Rico i Voytek, kurwa Jastrzębie. Elegancka wymiana ognia i Rico padł na nasypie jeszcze jedna osoba z VC podzieliła jego los zostały mi dwie kule wybiegłem na nasyp by nie dostać się do niewoli, otrzymałem postrzał od zdaje się oficera konsultanta ZSRR. Pendzel i Michał dołączyli do nas chwile potem. Dwóch chłopaków z HT wróciło się i walczyli jeszcze o zajętą wioskę ale po krótkiej walce kropka nad „i” została postawiona. 7:50 wioska została przejęta przez ofensywę Vietcongu.
Rico uraczył mnie szczegółami, jak to właśnie rozjebali nasze HQ. Nie mogłem uwierzyć. Siły wroga miały od początku przewagę ok. 60% nad ranem stan osobowy VC liczył podobno około 25 kitajców.
Jak na tak niedoświadczoną ekipę z AC i ludzi którzy nie dość ze pierwszy raz grali na milsimie, niektórzy pierwszy raz ze mną, ramie w ramie, to efekty jakie osiągnęliśmy przeszły moje najśmielsze oczekiwania.
Wioska w 80% czasu była w posiadaniu sił USA, dwie bazy zostały zniszczone przez odział Kufla (szkoda że tak bardzo się spieszyli, gdyby zostali do 8:00 mam wrażenie że wynik ostatniej potyczki byłby na nasza korzyść) USA było tą agresywną stroną, mimo ogromnej przewagi liczebnej VC.
Wiele do życzenia pozostawiała komunikacja radiowa i zachowanie ludzi na patrolu (wynik braku obycia z SOP) Wszystko do wytrenowania i doposażenia.
Wrócimy jeszcze na Śląsk i będziemy jeszcze silniejsi.
Za zaproszenie i gościnę dziękujemy Przemkowi i reszcie Shadow Corps było naprawdę rewelacyjnie.